Sukces chętnie nazywamy własną zasługą. W nieszczęściu znacznie łatwiej dostrzegamy cudzą winę albo przypadek. Buddyjska zasada 自因自果 (jiinn jika) „własna przyczyna, własny skutek” stawia przed nami trudniejsze pytanie: czy jesteśmy gotowi uznać, że także nieprzyjemne doświadczenia należą do naszego własnego ciągu przyczyn i skutków?
Zasada „własna przyczyna, własny skutek” mówi, że każdy doświadcza rezultatów własnych działań, a nie działań kogoś innego. Nie zawsze jednak potrafimy rozpoznać przyczyny, które doprowadziły do obecnego rezultatu.

Co jest przyczyną „moich skutków”?
Przyczyną skutków, których doświadczamy są nasze własne działania. Buddyzm nie ogranicza ich jednak do tego, co robimy i mówimy. Obejmuje nimi także działania umysłu, czyli myśli, nastawienie, zamiary i emocje, które kształtują nasze zachowanie.
Możemy nie powiedzieć nic obraźliwego i nie wykonać żadnego gwałtownego gestu, a mimo to pozwolić, by gniew kierował naszym tonem głosu, sposobem patrzenia na drugą osobę i interpretowaniem jej słów. Z zewnątrz reakcja może wydawać się powściągliwa, ale w umyśle już powstaje przyczyna, która wpływa na dalszy rozwój sytuacji.
Umysł jest źródłem słów i czynów

Dlatego buddyzm przykłada szczególną wagę do działań umysłu. To one często poprzedzają słowa i czyny, nadają im kierunek i stopniowo kształtują nasze późniejsze reakcje.
Słowa i działania ciała są zazwyczaj najbardziej widocznym końcem procesu, który rozpoczął się wcześniej w umyśle. Możemy powstrzymać zewnętrzną reakcję, ale nie oznacza to jeszcze, że zmieniliśmy stan, z którego ta reakcja chciała powstać.
Praktyka buddyjska nie ogranicza się więc do kontrolowania zachowania. Jej głębszym celem jest rozpoznawanie i przekształcanie samych źródeł działania.
Dlaczego nie widzimy wszystkich przyczyn?
To, że nie potrafimy wskazać przyczyny danego skutku, nie oznacza jeszcze, że jej nie ma. Nasze poznanie jest ograniczone. Nie widzimy całego ciągu zdarzeń, nie pamiętamy wszystkich własnych działań i nie zawsze potrafimy rozpoznać, które z nich miały znaczenie dla danego skutku.
Można to porównać do katastrofy samolotu, który rozbił się nad oceanem. Jeżeli wraku nie uda się odnaleźć, możemy nigdy nie ustalić dokładnego przebiegu wydarzeń. Nie znaczy to jednak, że samolot rozbił się bez przyczyny. Przyczyna istniała, nawet jeśli nie możemy jej poznać.
Czy w takim razie buddyzm zachęca do bierności?
Wręcz przeciwnie. Buddyzm skłania do uważnego badania własnego postępowania. Jeżeli ponieśliśmy porażkę i jesteśmy w stanie przeanalizować, co do niej doprowadziło, powinniśmy wykorzystać tę wiedzę, aby następnym razem postąpić lepiej. Refleksja nad przeszłością ma służyć zmianie działania, a nie rozpamiętywaniu.
Nie chodzi więc o obsesyjne poszukiwanie w dawnych wydarzeniach, a tym bardziej w poprzednich życiach, jednej ukrytej przyczyny każdego niepowodzenia. Takie poszukiwanie mogłoby prowadzić do zadręczania się albo do usprawiedliwiania.
Sens nauki o karmie jest odwrotny. Przeszłości nie możemy już zmienić, ale możemy wpływać na to, jakie przyczyny tworzymy teraz. Dlatego świadomość karmy powinna wzmacniać poczucie sprawczości. Doświadczamy skutków własnych działań, więc w każdym momencie możemy świadomie wybierać takie postępowanie, które tworzy lepsze przyczyny na przyszłość.
Buddyzm ujmuje tę zasadę w prostych formułach: dobra przyczyna prowadzi do dobrego skutku, oraz zła przyczyna prowadzi do złego skutku.
Gdzie znajduje się nasza sprawczość?
Jeżeli uzależniamy swoje szczęście od tego, czy inni ludzie zaczną zachowywać się zgodnie z naszymi oczekiwaniami, skazujemy się na niepowodzenie. Nie mamy bezpośredniej władzy nad cudzymi myślami, decyzjami ani nad wszystkimi warunkami, które nas spotykają.

Z perspektywy prawa karmy błędne jest przekonanie, że doświadczamy skutków cudzych działań. Taki sposób myślenia można streścić jako „cudza przyczyna, mój skutek” i właśnie dlatego przeczy on prawu karmy. Działania innych ludzi mogą stać się warunkami naszego doświadczenia, ale nie mogą zastąpić własnych przyczyn, które sami stworzyliśmy.
Prawo karmy kieruje uwagę ku temu, na co rzeczywiście możemy wpływać, czyli własnym myślom, słowom i czynom. Nie możemy bezpośrednio wybrać dowolnego skutku, ale możemy wpływać na przyszłość poprzez przyczyny, które tworzymy teraz.
Czy ofiara jest sama sobie winna?
No dobrze, załóżmy, że spokojnie idę ulicą i nagle zostaję zaatakowany nożem. Trafiam do szpitala w stanie zagrożenia życia. Czy mam rozumieć, że sam na siebie to ściągnąłem, a napastnik jest niewinny?
Oczywiście nie. Takie rozumienie miesza ze sobą dwa odrębne ciągi przyczyn i skutków. Napastnik tworzy własną złą przyczynę poprzez akt przemocy i ponosi za nią odpowiedzialność. Ofiara doświadcza własnego skutku karmicznego, ale nie oznacza to, że świadomie wybrała to zdarzenie, że jest moralnie winna ani że na nie zasłużyła.
Cudzy czyn może stać się warunkiem naszego cierpienia, ale nie przestaje przez to być cudzym złem. Prawo karmy nie uniewinnia sprawcy i nie obciąża ofiary jego winą. Każdy odpowiada za własne działania.
